niedziela, 19 sierpnia 2012

Cynthia i Maciek


Poznali się w w 2003 roku na Uniwersytecie  w Pforzheim w Niemczech, gdzie obydwoje odbywali zagraniczne stypendium. Dla Maćka, który studiował w Pforzheim w ramach programu Socrates-Erasmus miał to być jedynie krótki wyjazd semestralny. Cynthia miała za to spędzić w Niemczech cały rok. Jak to często bywa podczas takich programów naukowych studenci zagraniczni przeważnie spędzali czas we własnym gronie, tworząc mocno zintegrowaną, specyficzną grupę. Stąd też i tu Polacy, Hiszpanie, Meksykanie i Portugalczycy trzymali się razem.

To Maciek pierwszy zwrócił uwagę na Cynthię. Do dzisiaj pamięta doskonale jak była ubrana pierwszego dnia kiedy ją zobaczył. Ona zaś z początku nie zwracała na niego uwagi. Po kilku tygodniach zaczęli jednak spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Zakochali się w sobie. Po paru miesiącach Cynthia dała się namówić na wyjazd do Krakowa, miasta które ją oczarowało. Bardzo mile wspomina jak dziadek Macka zrobił jej pierwsze zdjęcie w ogrodzie swoim starym aparatem.
Gdy było jasne, że chcą być nadal razem, dobiegał końca pierwszy i jedyny semestr Macka w Niemczech. Zgodnie z planem miał wracać do Krakowa. Postanowił jednak zostać w celu odbycia półrocznej praktyki.
Dzięki temu o kilka miesięcy przedłużył swój pobyt w Niemczech, by towarzyszyć Cynthii do momentu jej powrotu do Meksyku. Kolejne wspólnie spędzone miesiące utwierdziły ich w przekonaniu, że musza coś wymyślić zanim rozdzieli ich kilkanaście tysięcy kilometrów. Niepewni tego czy uda im się utrzymać swój związek wrócili do swoich krajów. Maciek zaraz po powrocie bardzo usilnie walczył na Akademii Ekonomicznej w Krakowie, gdzie studiował, o przywrócenie stypendium  w Meksyku. Jego determinacja przyniosła mu upragnione stypendium na Uniwersytecie w Monterrey. Po pół roku rozłąki znów mogli być razem. Maciek wspomina dokładnie chwilę gdy z lotniska w Teksasie odbierała go Cynthia oraz jej rodzina. Przez kolejne pół roku Maciek studiował w Monterrey.  Oboje z Cynthią zblizali się do końca studiów i zdawali sobie sprawę, że konieczne będzie podjęcie poważnej decyzji o tym: czy i gdzie spróbować wspólnej przyszłości. Zadecydowali, że po zakończeniu studiów Cynthia przyleci do Polski.
Z początku nie było jej łatwo. Najpierw odbyła bezpłatną praktykę, ale na szczęście zaraz po niej dostała ofertę zatrudnienia oraz oficjalne pozwolenie na podjęcie pracy i pobyt w Polsce. Zaczęła się uczyć języka polskiego, którym dzisiaj już włada doskonale. Po kilku miesiącach zaręczyli się. Ich ślub ostatecznie odbył się w Meksyku w lutym 2009 roku, a trzy miesiące później odbyło się również polskie wesele. Po miesiącu miodowym w Tajlandii wrócili do Krakowa. I tu już zostali do dziś. W domu mówią w trzech językach: po angielsku, po hiszpańsku i po polsku. Starają się odwiedzać rodzinę Cynthii do dwóch razy w roku. Zeszłej zimy polecieli do jej rodzinnego domu z prezentem: informacją o tym że spodziewają się dziecka.

Dnia 5 sierpnia 2012 r na świat przyszła Natalia Sofía Nowak Gil, urocza dziewczynka, na której punkcie oszalała cała rodzina po obu stronach Atlantyku.

sobota, 18 sierpnia 2012

Dominika i Marco

Poznali się w 2006 roku w South Lake Tahoe, niewielkim mieście na granicy stanów Kalifornii i Newady. Dominika razem z siostrą i przyjaciółmi przebywała wówczas w Stanach Zjednoczonych w ramach wakacyjnego, czteromiesięcznego programu Work & Travel. Marco do USA sprowadził ślub starszego brata.

Poznali się pracując w jednym z newadzkich kasyn. Na początku byli tylko dobrymi znajomymi. Wszystko zmieniło się po wspólnym wyjeździe na Hawaje, pod koniec wakacji. Pierwszy pocałunek na plaży w Honolulu był dowodem, że pojawiło się między nimi dużo bardziej intensywne uczucie. 

Niestety wkrótce musieli się rozstać i wrócić do swoich domów w Polsce i Kostaryce. Nie wiedzieli jeszcze wtedy, czy kiedykolwiek spotkają się po raz drugi. Postanowili jednak utrzymywać ze sobą kontakt przez internet. Marco mocno wierzył, że uda im się ponownie zobaczyć. Pewnego dnia zaskoczył Dominikę kupując jej bilet do Kostaryki. Bardzo chciał, żeby zobaczyła “ten skrawek prawdziwego raju na Ziemi”, w którym mieszka. Po sześciu miesiącach znajomości online Dominika wsiadała do samolotu lecącego na drugi koniec świata. Ponowne spotkanie z Marco oraz trzy wspólnie spędzone tygodnie odmieniły jej życie.

Jeszcze tego samego roku polecieli na krótkie wakacje do Meksyku, gdzie Marco się oświadczył. Kolejne Święta Bożego Narodzenia spędzili już wspólnie w Krakowie, u jej rodziny. Wtedy też zdecydowali się na półtoraroczny wspólny wyjazd do Stanów Zjednoczonych na praktykę zawodową. I tak po dwóch latach od poznania się, znaleźli się z powrotem w Kalifornii. 31 lipca 2009 roku, w South Lake Tahoe, miejscu które na zawsze pozostanie w ich sercu, wzięli ślub. 
Wtedy też postanowili przenieść się na stałe do Krakowa. W drugą rocznicę ślubu na świat przyszedł ich ukochany synek Nataniel.

Marko, mamy obecnie najwspanialszą pore roku w Polsce. Wszystko dookoła kwitnie, jest ciepło, słonecznie, nawet deszcze bywają przyjemne - czy choć troche przypomina Ci to Twój porzucony skrawek raju?

No, nie bardzo ;-) Wiesz czasem faktycznie tęsknię za klimatem i przyrodą Kostaryki. Za możliwością pójścia na plaże lub  pojechania do lasów tropikalnych. W Polsce klimat jest dośc suchy i cóż nie będę ukrywał, że każda zima jest dla mnie sporym wyzwaniem. Ale w sumie mieszkam tu już ponad 3 lata i powoli przyzwyczajam się do tej pogody. Ale wiesz, gdybym miał wybierać... :-)

Jak w takim razie odnalazłeś się w Krakowie? Czy czujesz sie tu już jak w domu?

Nie zdzwię Cię. Na początku wcale nie bylo łatwo. Kostaryka i Polska to jednak dwa różne światy. Tak pod względem pogody, krajobrazu jak i stylu życia. Po przyjeździe do Polski wiele rzeczy odkrywałem po raz pierwszy, jak na przykład spanie na rozkładanej kanapie. Wcześniej mieszkałem w przestronnym domu z wieloma pokojami a tu trudniej o tak wygodne warunki. W sumie nadal do tej pory nie mogę się przyzyzwyczaić do tej sofy J Sporo sytuacji i zjawisk nadal jest dla mnie nowych i takich, co do których wciąż trudno jest mi się przyzwyczaić. 

Kiedyś usłyszałem, że pod wzgledem wylewności i porywczowści Polacy to tacy słowiańscy latynosi - czy zgodzilibyście sie z tym twierdzeniem?

Myślę, że Polacy ogólnie dużo bardziej ‘na serio’ podchodza do kwestii przebywania w związkach i relacji damsko-męskich, ale też nie uważam, żeby przez to byli bardziej romantyczni od osób z Ameryki Łacińskiej. My wychowywani jesteśmy w kulturze, gdzie łatwo wyrażamy nasze uczucia, ale nie tylko wobec dziewczyny / chłopaka / żony / męża, ale także wobec osób, które nas otaczają a więc znajomych, krewnych itd. A tego nie widzę tu aż a takiej formie.  

Mieszkaliście razem w wielu miejscach na świecie. Jak na tym tle wypada Kraków, jako miasto gdzie cudzoziemcy lub osoby w mieszanych zwiazkach mogą rozpocząć wspólne życie?

Z Dominiką mieszkaliśmy już razem w Stanach Zjednoczonych i było nam tam bardzo dobrze. Nigdy nie czuliśmy się wykluczeni czy tez szczególnie inni od reszty społeczeństwa. Tu w Krakowie zdarza się, że ktoś spojrzy na mnie podejrzliwie lub powie coś głupiego, myśląć, że jedyne po co tu przyjeżdżamy to by podkradać polskie kobiety. Z drugiej strony jest tu też coraz więcej firm międzynarodowych, gdzie obcokrajowcy łatwo mogą znaleźć pracę nawet bez konieczności znajomości języka polskiego na wysokim poziomie.

Czy myślicie, że Kraków stanie się kosmopolitycznym miastem, do którego już niedługo będą przyjeżdzać cudzoziemcy w poszukiwaniu lepszego zycia?

Kraków już w tej chwili staje sie miastem kosmopolitycznym. Od lat bombardują go turyści a i nikogo nie dziwi też widok cudzoziemca w przychodni czy robiącego zakupy w osiedlowym sklepie. Przyjechali do Polski z różnych powodów: niektóróch przywiodło serce, a innych rozum. Przyjechali za ukochana osoba lub też po prostu do lepiej platnej pracy. I nic już chyba nie odwróci tego trendu.

Czy jest coś co na co dzień utrudnia Wam funckjonowanie? Co możnaby zmienić, by parom taka jak Wasza żylo się tu lepiej?

Jest kilka rzeczy, które w Polsce nam sie nie podobają. Marco na poczatku nie mógł przyzwyczaić sie do polskiej mentalości. Po dłuższym pobycie w Stanach Zjednoczonych sama też to dostrzegłam i zaczęło mnie to irytować. Czymś co mrozi Marco krew w żyłach jest na przykład polska biurokracja. Trzeba się naprawdę natrudzić, żeby zalatwić jakąś prosto, wydawałoby się, formalność. Do tego jeszcze poziom obsługi klienta w Polsce pozostawia wiele do zyczenia. To są w sumie proste rzeczy ale zarazem co drażni nas najbardziej w Polsce.            

środa, 15 sierpnia 2012

"Sami am am"


To miał być portret Samiego. Ale chyba się nie udal, bo w rzeczywistości nie jest ani pochmurną ani też ciemną postacią

Sylwia na drewnianym koniku na placu zabaw dla dzieci. Jazda na koniu to ulubione hobby Sylwii, na które nie ma niestety ostatnio zbyt wiele czasu. Dlatego też, gdy tylko przechodzimy obok tego plac zabaw to nie może się oprzeć pokusie i wsiada na małego drenianego konika, ku rozpaczy bawiących się obok dzieci
 
"Muminki" to fińska bajka przypominająca nam obojgu czasy naszego dzieciństwa. W Finlandii wszyscy wyrośliśliśmy na opowiadaniach Tove Janssona. Zdziwiłem się, gdy Sylwia powiedziała mi, że ta bajka była to też często emitowana w Polsce

 
To nasze ulubione miejsce w Krakowie. CupCake Corner. Oboje uwielbamy kawę i słodycze, choć tego ostatniego o sobie dowiedziałem się tak naprawde dopiero dzięki Sylwii


Kino ARS to nasze ulubione miejsce, do którego często przychodzimy, żeby obejrzeć dobry film


Jedną z rzeczy, które bardzo lubiłem robić w Krakowie były przejażdżki rowerowe. Niestety niedawno mój rower został skradziony, a Policja nie była w stanie mi pomóc

 
"Sami am am" to turecki kebab w centrum Krakowa. W zasadzie to nigdy tam nie jedliśmy jednak nazwa lokalu bardzo pozytywnie nam się kojarzy, dlatego też postanowiliśmy zrobić przy nim zdjęcie Samiemu


Nigdy nie widziałem czegoś tak skomplikowanego jak polska biurokracja. Choć w Urzędzie Miasta mają specjalną sekcję zagraniczną to nadal nie ma nikogo, kto by tam mówił po angielsku. Zdobycie numeru PESEL staje się więc dla cudzoziemca przedsięwzieciem niezwykle trudnym i wymagającym sporo cierpliwości. Czterokrotnie musiałem tam iść tam razem z moim polskim przyjacielem, by w końcu cokolwiek załatwić. W Finlandii prawdopodobnie konieczna bylaby tylko jedna wizyta przy okienku, żeby otrzymac numer identyfikacyjny.

Z ziemi nie tylko Włoskiej do Polski


Uśmiechający się Jesper. Mój Jespie jest najbardziej szczęśliwy kiedy gotuje. Naprawdę to lubi i poświęca temu dużo uwagi i serca. Przypomina mi to moich rodziców, którzy również wyrażali swoje uczucia gotując dla mnie

 
Sfotografowałem Debbie podczas posiłku w swojej ulubionej restauracji, gdyż to dobre jedzenie sprawia, że jest naprawdę szczęśliwa

 
Rynek na Nowym Kleparzu jest tym miejscem, które najbardziej przypomina mi o moim dzieciństwie. I o  rodzicach, którzy do swojej restauracji codziennie kupują świeże warzywa i owoce


Mnie o dzieciństwie przypomina stare zdjecie mojej babci


A to wszystkie zgromadzone przez mnie rzeczy, które róznież przypominają mi o moim pochodzeniu

Kitsch, nieistniejący juz lokal na ulicy Wielopole, gdzie po raz pierwszy pocałowałam Jespera, to dla mnie miejsce szczególne. Pełne dziwnych ludzi, wariatów, takich jak ja.  To tu dokonała się moja metamorfoza, tu postanowiłam zacząć prawdziwie żyć dla siebie


Są bliskie dla mnie miejsca w Krakowie, które straciły swoją dawną funkcję lub zostały zamknięte. Moim szczególnym miejscem był przez długi czas nieistniejący już klub Winyl

A to moja odpowiedź na pytanie o to jak chcę być postrzegana przez ludzi w Polsce. Jako Włoszka, która tu mieszka, i dla ktorej nie jest też obojetne co dzieje się Krakowie i Polsce. Naprawdę czuję się częścią otaczającej mnie rzeczywistości


A ja chcę by Polacy widzieli we mnie dobrze ubranego, elegenckiego dżentelmena z zamiłowaniem do alkoholu

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

João i Agnieszka


Gdy się spotkaliśmy po raz pierwszy, Agnieszka była w ósmym miesiącu ciąży. Gdy odwiedziłem ich po raz drugi, był już z nami Filip. 

On z Lizbony, ona z Nowego Sącza. Jak się poznali?
Jako współlokatorzy. Joao do Krakowa przyjechał do pracy. Szukał tez w swoim życiu odmiany, „czegoś nowego”. Był luty 2010 roku i w środku najsurowszej zimy jakiej kiedykolwiek doświadczył szukał mieszkania w Krakowie. Miał dość tułaczki po jak to nazwał „beznadziejnych dziurach”, gdzie początkowo mieszkał, i gdzie jak twierdzi groziło mu wyziębienie organizmu lub przynajmniej zapalenie płuc. Nad wyraz źle przyjmował wyjątkowe wtedy mrozy. Natrafił na ogłoszenie w Internecie. Mieszkanie na św. Filipa. Wyglądało nieźle. Postanowił sprawdzić.
Otwarły się drzwi a w nich Agnieszka. Nie chciała witać się przez próg, więc wpuściła go do środka. Joao poczuł ciepło. I tak poznali się, zaprzyjaźnili i zostali kochankami.

Za szybko jednak na happy end. Po 1 roku Joao stracił prace i musiał wracać do Lizbony. Nie było mu łatwo. Tęsknił za Agnieszką, za Krakowem. Mieszkając na nowo w Portugalii czuł pustkę. Wrócił. Wkrótce znalazł bardzo dobra i ciekawą pracę.
Obecnie oboje zajęci wychowaniem małego Filipa, wspominają wspólne początki.

Co najbardziej pamiętasz z Twoich pierwszych dni w Polsce?

Joao: Zimno – nie byłem na nie przygotowany. Nie miałem wtedy odpowiednich ubrań. Mówiłem sobie, jaki to głupi pomyśl żeby tu przyjechać. Nawet nie miałem ochoty jeździć w takie mrozy na Rynek. Zdziwiło mnie też, że nie ma też w pobliżu mieszkania żadnej kawiarni. Byłem przyzwyczajony, że na każdym kroku jest miejsce, gdzie można posiedzieć i spokojnie porozmawiać. Poza tym ta bariera językowa. Z początku oczywiście nic nie rozumiałem. Na szczęście ludzie, których spotykałem mówili po angielsku.

Polska i Portugalia są obok siebie w alfabecie, nawet obok maszerują na otwarciu olimpiady. Czy są to jednak dwa różne światy, czy może dostrzegasz jakieś podobieństwo?

To dwa naprawdę różne miejsca. Tak dla mnie osobiście jak i w sensie kulturowym. Nawet nie próbuję ich porównywać. Poza tym w Portugalii ludzie naprawdę niewiele wiedzą o Polsce. Zwykle pierwsze skojarzenia jakie im się nasuwają to bursztyn, ładne dziewczyny i wódka. 
Dlaczego pomysł by przyjechać akurat do Polski?

Na stronie Uniwersytetu w Lizbonie znalazłem ofertę pracy w Krakowie. Moje życie w Lizbonie stawało się coraz trudniejsze. Coraz trudniej było o prace. Poza tym nigdy wcześniej nie pojechałem nigdzie, na żaden Erasmus ani do pracy zagranice. Miałem tez trochę wszystkiego dosyć. Chciałem przeżyć coś nowego.  

Czy nie tęsknisz za plażą i słońcem?

Wiesz, będąc tam pracowałem tak dużo, ze zapominałem o tym że mamy nawet dostęp do oceanu. Nie miałem kiedy się tym nacieszyć. Ciągnąłem dwie prace równolegle i nadal trudno było mi mówić o jakiejkolwiek stabilizacji. To tu w Krakowie po raz pierwszy dostałem stałą prace. Owszem z początku było trudno, ale z czasem znalazłem znajomych  za to jak już przyszło lato to byłem zachwycony.

Co najbardziej lubisz w Polsce?

Hm.. w pierwszej kolejności Agę, później sernik jej Mamy, wódkę Krupnik no i jeszcze lubię Kraków.

A za czym tęsknisz?

Za pogoda – tutaj tyle trzeba czekać na normalną pogodę. Za to jak już przychodzi – wtedy naprawdę zaczynasz ją doceniać.

Czy myślisz, ze to trudne być cudzoziemcem w Krakowie?

Tak wydaje mi się ze tak. Choć z początku jest fajnie i śmiesznie, ale z czasem zaczyna Cię męczyć, że tylu ludzi na Ciebie patrzy i przygląda się. Nie ukrywam, że meczy mnie też, ze ludzie biorą mnie za Hiszpana lub mówią do mnie po hiszpańsku. Ale myślę, że Kraków do dobre miejsce dla Portugalczyka. My Portugalczycy dobrze adaptujemy się w każdych warunkach i w różnych miejscach w których byśmy nie byli na ziemi czujemy się jak w domu.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Sami i Sylwia


- Zapewne niewiele jest takich osób, które przyjechały do Krakowa z uwagi na Fina – żartuje Sami, gdy pytamy go jak trafił do Polski.


Było to tuz po ukończeniu ostatniego semestru studiów, który spędził na stypendium w Malezji. Powrót do Finlandii był jednak trudniejszy niż przypuszczał. Przyzwyczajony do poznawania ludzi z różnych stron świata Sami czuł, że to co ma dookoła siebie, co już dobrze zna, mu nie wystarcza. Zawiedziony brakiem wrażeń we własnym kraju dał się więc namówić swojemu koledze ze studiów Simo do przeprowadzki do Polski. Postanowił, na własnej skórze sprawdzić opowiadane przez kolegę historie o pięknych polskich dziewczynach i różnorodności wyrobów alkoholowych. Nie zawiódł się. Bez problemu znalazł pracę w międzynarodowej firmie, która rozbudowywała dział obsługujący fińskich klientów. W kilka dni udało mu się też znaleźć mieszkanie. Aklimatyzacją zajęła się natomiast „fińska mafia” jak nazywano wówczas grupkę Finów w firmie. Jednak jak sam twierdzi, nie ma dużych różnic między Finami a Polakami. Z Sylwią poznali się podczas imprezy na której ich wspólna znajoma świętowała obronę pracy magisterskiej.  W zasadzie to Sylwia pierwsza podeszła do niego. Zapytała go o zasłyszaną w radio fińską piosenkę i choć oboje jej szczerze nie lubili to pomogła im ona w przełamaniu pierwszych lodów. Od tego momentu zaczęli się do siebie zbliżać i coraz lepiej poznawać.

Są razem od roku i w trójkę z kotem Viiksi boy mieszkają na Bronowicach.

Claudia i Krzysztof


Poznali się w pracy. To Claudia miała wprowadzić do firmy Krzyśka, który właśnie rozpoczynał swoją karierę w tej samej firmie. Ona zajmowała się wówczas tłumaczeniami na język hiszpański oraz wprowadzaniem systemów informatycznych firmy na nowych rynkach. Jednak przeznaczenie ich rozdzieliło. Oboje spędzali dużo czasu na delegacjach zagranicznych. Ich przyjaźń przetrwała jednak próby czasu i odległości, i po latach ich drogi życia znów się połączyły. Claudia i Krzysztof zaczęli spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Wieloletnia przyjaźń stała się podstawą ich związku.

Choć Claudia jest z Nikaragui, to w Polsce mieszka od 8 lat. Gdy kończyła swoje studia w Managui, stolicy kraju, dostała rzadką szansę wyjazdu na stypendium do Japonii. Wybrała jednak Polskę. Kiedy przyjeżdżała do Krakowa nie było tu jeszcze wtedy zbyt wielu obcokrajowców. Jak sama mówi, w 2004 roku Polska była zupełnie innym krajem. Dziwiło ją niesympatyczne zachowanie ludzi oraz nieprzyjemne komentarze jakie słyszała pod swoim adresem na ulicy. Jej rodzina, sceptyczna do pomysłu wyjazdu córki "na drugi koniec
 świata, do zimnego i niebezpiecznego kraju" nieustannie zachęcała ją do powrotu. Claudia postanowiła jednak, że nie zważając na przeciwności losu nie podda się i udowodni sobie oraz innym, że człowiek może być szczęśliwy w każdych okolicznościach i miejscu na świecie. Czas pokazał, że miała rację.

Tylko dzięki uporowi i determinacji Claudii udało się zbudować dzisiaj swój drugi dom w Krakowie. Tu dzisiaj jest szczęśliwa: razem z Krzysztofem i ich radosnym  pupilem Chico.

  
5 maja 2012 roku w Bielsku-Białej odbył się ich ślub kościelny.
 

Diego i Marta

 
- Zawsze mówiłam sobie, że nie będę się spotykać z kimś, kto nie lubi tańczyć, ani też kimś kogo przypadkiem poznam w barze. No a już na pewno nie z obcokrajowcem!

Czyli cała prawda o tym jak Diego i Marta poznali się ... w barze!

Marta do Limy pojechała w ramach wymiany studenckiej między tamtejszą uczelnią a Uniwersytetem Ekonomicznym w Krakowie. Od samego początku starała się poznawać otaczającą ją kulturę i uczestniczyć we wszystkim co ją otaczało. Podczas jednej z lokalnych fiest poznała Diego. Zwróciło jej uwagę to, że nie bawił się jak pozostali, lecz smętnie siedział na ławce. Podeszła i zapytała: - Dlaczego nie tańczysz? Był wrzesień 2009 roku i do tej pory nie poznała odpowiedzi na to pytanie.
Tamtego wieczoru sporo rozmawiali. Gdy się żegnali zanotowała mu swój adres na ręce po czym zniknęła na kilka tygodni. Odnaleźli się „w Internecie” i zaczęli do siebie pisać. Wkrótce on zaprosił ja na koncert swojego zespołu.  Gdy się ponownie zobaczyli, poczuli, że chcą być ze sobą, choć rozsądek podpowiadał, że to wszystko takie nagłe i spontaniczne. Postanowili razem wyruszyć w podróż do Cuzco i Machu Pichu. W założeniu miała to być próba i okazja do skonfrontowania dzielących ich różnic, tak charakterologicznych jak i kulturowych. Diego jak sam wspomina,  wiódł wtedy dość wygodny tryb życia, nawet nigdy nie był w Andach. A Marta lubiła przygody i często podróżowała z plecakiem. Postanowili więc, że jeśli po tej wyprawie będą nadal chcieli być razem to ich związek ma sens. I choć Diego nie przypłacił wówczas życia próbując wejścia na Machu Pichu alternatywną ścieżką, to wyprawę należało uznać za udaną. Dla spełnienia przyrzeczenia podarował wtedy Marcie pierścionek, który nosił na swoim palcu. W trzy miesiące od dnia, w którym się poznali byli już zaręczeni. Rok później pierścionek zginął w barze, ale szukając go znaleźli pieniądze potrzebne na powrót do domu. Kolejne miesiące, które zbliżały Martę do powrotu do Krakowa spędzali już tylko razem. Gdy semestr dobiegł końca Marta postanowiła nie wracać jeszcze do Polski. Przez miesiąc widywali się codziennie i wykorzystywali pozostały czas by poznać się lepiej. W efekcie obietnica będąca z początku młodzieńczym żartem, utrwaliła się. W lutym Marta wróciła do kraju i od razu zaczęła myśleć o ponownym wyjeździe do Peru. Przez kolejnych 6 miesięcy byli jednak zdani wyłącznie na wirtualny kontakt. Codziennie rozmawiali przez telefon i wymieniali mejle. Marta szukała sposobu by wrócić jeszcze raz do Peru. Jej, jako obywatelce kraju Unii Europejskiej było łatwiej. Napisała list do Dziekana swojej uczelni, starając się go przekonać, że musi polecieć bywziąć tam ślub. W odpowiedzi dowiedziała się, dostanie kolejne stypendium i że już wkrótce poleci tam na kolejne 6 miesięcy. Przez cały ten okres mieszkali razem i w rok od dnia, w którym się poznali wzięli ślub cywilny. Co prawda pierwsza kąpiel w oceanie zmyła złoty kolor ich mosiężnych obrączek jakie nosili wtedy na palcach ale wcale im to nie przeszkadzało. Byli bardzo szczęśliwi.

Z czasem zaczęli myśleć o tym, by przenieść się do Krakowa i tam spróbować wspólnego życia. Nie było to łatwe, gdyż wciąż najpierw musieli przekonać urzędników, że ich małżeństwo nie jest fikcyjne. Dziesiątki dziwnych pytań, na które często nie mieli ochoty odpowiadać, nie zraziły ich jednak. W końcu udało się dla Diego uzyskać wizę, dzięki której oboje mogli teraz mieszkać i starać się o pracę w Krakowie. Pierwsza znalazła ją Marta. Rozpoczynając pracę w dużej międzynarodowej firmie nie wiedziała jednak, że spodziewa się dziecka i wkrótce będzie musiała wziąć urlop. Szczęśliwie kilka dni później Diego również udało się znaleźć pracę. Od tamtej pory spokojniejsi o swoją przyszłość mogli przygotowywać się do narodzin swojej córki.

24.02.2012 na świat przyszła Natalia.